• Marek Rozpłoch

Ostatnio poczucie bezsilności atakuje z większym niż dotąd natężeniem. Dostajemy informację, że zostało zatrzymanych pod Toruniem ponad czterdzieści osób uchodźczych i zwartą grupą aktywistyczną jedziemy do Gronowa, gdzie te osoby są przetrzymywane. Spotykamy się na miejscu z arogancją policji i zbudowanym przez nią niewidzialnym murem, przez którego szczeliny widzimy przemoc wobec zatrzymanych - na którą nic nie możemy poradzić, również w następnych dniach: ostatecznie sąd postanawia o areszcie deportacyjnym i umieszczeniu uciekających z Iraku Kurdyjek i Kurdów - wśród nich pięciorga dzieci - w strzeżonych ośrodkach, gdzie spędzą czas pozostały im do deportacji. Dzieje się to mimo starań aktywistek i aktywistów z Torunia, Gronowa, Włocławka i Bydgoszczy, mimo zaintersowania mediów, mimo apeli posłanek. Zostaje poczucie niesamowitej bezsilności.


To samo poczucie towarzyszyło mi, gdy nie odrzucono w Sejmie projektu anty-LGBT, lecz skierowano go do komisji, uwiarygadniając tym samym antyludzkie tezy wnioskodawców. I wreszcie bezsilność, gdy okazało się, że mimo setek tysięcy ludzi na ulicach jesienią zeszłego roku - największej chyba akcji protestacyjnej po 1989 roku - nie udało się zapobiec śmierci kobiety.


Bezsilność atakuje, bezsilność boli. Ale nie pozwólmy jej wygrać. Nie pozwólmy jej stać się usprawiedliwieniem dla bezczynności. Apelujemy o nieobojętność, a bezsilność może odbierać wolę działania nieobojętnym.


Ludzie umierają na granicy, są poniżani przez polskie służby, bezprawnie wyrzucani za granicę kraju - i ten dramat stanie się jeszcze groźniejszy wraz z nadejściem zimy. Mimo stanu wyjątkowego, mimo zbrodniczej polityki wielu osobom, w tym z arcyważnej obecnie inicjatywy Medycy na granicy, udaje się dotrzeć do osób uchodźczych, pomóc im. Okazuje się, że nie jesteśmy zupełnie bezradni, mimo usilnych dążęń naszych władz, by to poczucie nam odebrało chęć działania. Wspierajmy organizacje pomagające osobom na granicy, protestujmy przeciw nieludzkiej polityce, uświadamiajmy nieświadomych, budźmy sumienia obojętnych, a jeśli możemy, jedźmy pomagać. Dzięki dużej liczbie takich niedużych nawet działań ileś żyć uda się uratować, ileś osób na granicy poczuje, że nie znalazły się na nieludzkiej ziemi. A może suma tych akcji doprowadzi do zatrzymania zbrodni. Oby. I oby jak najszybciej.

100 wyświetleń0 komentarzy
  • Michał Bomastyk

Są takie sytuacje, nad którymi nie można przejść obojętnie. Czasem jest tak, że po prostu musisz się zaangażować, bo jeśli tego nie zrobisz, to poczujesz, że oszalejesz. I taka jest sytuacja z Granicą. Jak to mówią: „Są pewne granice”. I właśnie w tym momencie kilka z nich zostało przekroczonych: granica nienawiści, obcości, wykluczenia, obłudy i wreszcie człowieczeństwa.


Na granicy cierpią i umierają prawdziwe osoby; ludzie, którym odmawia się prawa do bycia i życia. Nie-rząd białoruski traktuje ich jak zabawki, którymi można dowolnie sterować. Oferuje im wakacje i cudowne życie w Europie, po czym wyrzuca, jak śmieci, zbijając na tym ogromne pieniądze, które bezwstydnie zabiera tym ludziom jako haracz. (Nie)rząd polski z kolei nie chce tych ludzi przyjąć, bo rzekomo bezprawnie (o ironio!) przekraczają granicę. A dla takich ochrony międzynarodowej czy statusu uchodźcy nie ma! I z tego powodu traktują ich jak zbrodniarzy. A przecież to nie ich wina, że stali się pionkami w grze Łukaszenki! Uchodźcy koczują więc w lasach, pośród chłodu, zimna i zwierzyny, czekając na oznakę człowieczeństwa i litość ze strony Polski. Póki co bezskutecznie.


Naprawdę rozumiem, że Polska musi chronić swoją granicę. Naprawdę! Zależy mi przecież na bezpieczeństwie mojego własnego kraju! Mogę nawet zrozumieć decyzję o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Ale jest coś, czego nie rozumiem. Mianowicie tego, że granica stała się narzędziem dla walki politycznej i konstruowania obcego i wroga. Pod pretekstem ochrony Polski i owej symbolicznej granicy, przestrzeń wokół niej uczyniono niejako skażoną, odseparowaną, sekretną i chronioną. Nie wolno tam wejść, nie wolno tam spojrzeć, nie można stamtąd zdawać medialnych relacji. Osoby koczujące w lasach totalnie zdehumanizowano, odczłowieczono - robi się z nich przestępców, terrorystów, zoofilów; NIESŁUSZNIE! Rządzący wykorzystali granicę, żeby zohydzić nam tych biednych ludzi. A to jest po prostu skandaliczne. A przy tym jest to łamanie praw człowieka. Bo prawo do azylu, do wołania o pomoc, jest prawem człowieka! I nikt nie może nikomu tego odebrać. Nie ma moralnego usprawiedliwienia dla działań polskich służb na granicy. Zgoda na cierpienie i śmierć drugiego człowieka jest skandalem i jednym z najgorszych możliwych odruchów.


Zygmunt Bauman tak pisał w książce Obcy u naszych drzwi:


„Ludzkie resztki” to zjawisko ogólnoświatowe, które nie ogranicza się wyłącznie do obszaru Europy. Termin ten dotyczy ludzi znajdujących się poza zasięgiem naszego wzroku, sumienia i naszej troski, „nas”, czyli urodzonych wśród udogodnień, jakie ma do zaoferowania świat, żyjących w domach, a nie w namiotach czy barakach obozów dla uchodźców i szukających azylu. „Ludzkie resztki” zamieszkują „niezliczone obozy, kilometry korytarzy tranzytowych, wyspy, platformy na morzu oraz zagrody na środku pustyni” (Bauman 2016: 101).


Polski rząd chce sprawić, że zaczniemy żyć tak, jakby osób uchodźczych nie było. Jakby dosłownie byli poza zasięgiem naszego wzroku (bo przecież media nie mają dostępu na tereny objęte stanem wyjątkowym). Rząd chce, żebyśmy przestali się tymi osobami interesować i ponosić za nich moralną odpowiedzialność. Rząd wraz z polskimi służbami prowadzi narrację wykluczającą, która stygmatyzuje uchodźców i czyni z nich ludzkie resztki i śmieci, które mogą zalegać w lesie aż się rozłożą.


Ja się na to nie godzę, dlatego jadę na Granicę. Nie zgadzam się na tortury i łamanie praw człowieka. Moja osobista granica została przekroczona. Coś we mnie pękło. Jadę. Choć tyle mogę zrobić. Ja, Europejczyk (jeszcze!), pozostający w ciepłym mieszkaniu…

444 wyświetlenia0 komentarzy